Przejdź do głównej zawartości

Sztuka przetrwania na emigracji. Matt Czyczerski o Queer Exodusie, budowaniu plemienia i micie „silnego Polaka”

   


    Przeprowadzka do innego kraju rzadko przypomina gładki skok do wody – znacznie częściej bywa bolesnym lądowaniem na klatę. Przekonałx się o tym Matt Czyczerski, osoba, która po wyjeździe z Wrocławia musiałx od zera oswoić nową, niemiecką rzeczywistość. Zamiast jednak zamknąć się w emigracyjnej samotności, przekułx własne zagubienie w unikalny projekt. Dziś prowadzi platformę NRW PO POLSKU. To nie archaiczny słup ogłoszeniowy, ale nowoczesny hub społecznościowy, który pomaga osobom z Polonii odnaleźć swoje „plemię” w Nadrenii Północnej-Westfalii.

Czerwiec 2026 roku to dla Matta moment szczególny – czas domykania studiów psychologicznych i obrony pionierskich badań magisterskich połączonych z projektem artystycznym Queer Exodus, w którym jako osoba badająca sprawdza dobrostan psychiczny  osób queerowych z doświadczeniem polskości i migracji. W niezwykle szczerej i osobistej rozmowie Matt bez owijania w bawełnę rozlicza się z toksycznymi polonijnymi mitami o „radzeniu sobie samemu”, opowiada o bolesnych kulisach powstawania Queerowego Klubu, granicach aktywizmu i o tym, dlaczego prawdziwa odporność psychiczna nie ma nic wspólnego z twardością granitu. Zapraszamy do lektury rozmowy o głębokich warstwach tożsamości, sztuki i emigracyjnego flow.



zdjęcie ze zbioru prywatnego Matt Czyczerski

Jarek: Matt, kiedy zakładałeś NRW PO POLSKU, chciałxś stworzyć portal informacyjny czy po prostu szukałxś lekarstwa na własną emigracyjną samotność w Niemczech? Gdzie kończy się misja publiczna, a zaczyna osobista potrzeba przynależności? Matt: To dobre pytanie, bo w sumie faktycznie NRW PO POLSKU powstało z własnego poczucia zagubienia i jakiegoś rodzaju osamotnienia w procesie wgryzania się w nową rzeczywistość. Przeprowadziłxm się do Niemiec z Wrocławia. A początki NRW PO POLSKU zaczęły się w Düsseldorfie, gdzie mieszkałxm na początku. I pierwotnie to było Düsseldorf PO POLSKU. Wtedy myślałxm tak zupełnie lokalnie. Pierwsze kilka miesięcy, tak do roku, to było jak odkrywanie zupełnie nowej rzeczywistości. Tak totalnie od nawet nie zera, tylko jakiegoś -10. Pomijając, że miałxm poczucie, że nic nie rozumiem w języku niemieckim i nie potrafię się porozumiewać.

Wyzwaniem było w ogóle samodzielne przemieszczanie się po mieście… korzystanie z komunikacji miejskiej. Co było jakimś odlotem, bo przecież żyjąc w dużym mieście, potrafiłxm korzystać z komunikacji. Ale całe oznakowanie, stacje, Bahny, S-Bahny – to wszystko było nie do objęcia. Długo mi to zajęło, jako że w ogóle mam dosyć specyficzne poczucie przestrzeni i potrafię zabłądzić wszędzie. Początkowo głównie przemieszczałxm się pieszo. Jakiś obłęd. No i próbowałxm szukać znajomych, ale bardzo kiepsko to szło.

Szybko wpadłxm na pomysł, żeby dzielić się informacjami, które „udało mi się zdobyć”. Teraz wydaje mi się to wręcz śmieszne, ale mam taką historię, którą lubię opowiadać i która stała się już wręcz anegdotyczna. To historia o moich wyobrażeniach migracyjnych jeszcze z Polski, przed wyjazdem. Mianowicie moja przyjaciółka Ewa prowadzi we Wrocławiu Księgarnię Hiszpańską. No i to jest jakieś niesamowite i cudowne miejsce, w którym doświadczałxm życia mniejszości hiszpańskiej we Wrocławiu. Oni żyją tym miejscem i w tym miejscu są jak jedna wielka rodzina. Wszyscy się znają, przesiadują całymi dniami. Wpadają po pracy, w drodze do domu lub innym przelotem, a wieczorami dzieje się magia. Spontaniczne śpiewy, biesiadowanie – no, coś niesamowitego. Uwielbiam tam być.

No i właśnie w taki sposób też wyobrażałxm sobie życie Polonii poza Polską. Nie mam pojęcia, skąd u mnie takie wyobrażenie. Ale naprawdę, byłxm przekonanx, że zaraz po przeprowadzce do Niemiec odnajdę takie „polonijne” miejsce w Düsseldorfie i zanurkuje w niemiecką rzeczywistość niczym skoczek z trampoliny do basenu – na główkę i z kilkoma fiflakami. Jak pewnie się domyślasz, rzeczywistość okazała się zgoła inna; ten szalony skok okazał się jakimś dziwnym poślizgiem z lądowaniem na klatę. Swoją drogą, ciągle nie rozumiem, dlaczego Polonia nie potrafi żyć jak „ta moja” hiszpańska społeczność we Wrocławiu… Ale to może temat na inną okoliczność…

Tak więc, przebijając się przez gąszcz nieznanego, postanowiłxm dzielić się tym z innymi osobami, bo nasunął mi się taki wniosek, że skoro mi jest tak trudno się odnaleźć, to może dzieląc się wiedzą, pomogę innym osobom, które też przez to przechodzą. No a potem okazało się, że wokół Düsseldorfu są inne miasta… hahah… są duże i jest tam Polonia… Przewrót odbył się u mnie, kiedy zgłosiłxm się do pomocy przy wyborach. To były wybory chyba prezydenckie, kopertowe. Dojeżdżałxm do konsulatu w Kolonii i pomagałxm składać te pakiety do głosowania. No i tam dopiero zobaczyłxm, że ta Polonia jest, że jest jej dużo. I wtedy chyba się dopiero zaczęło dziać.

Jarek: Wiele osób tworzących w internecie marzy o globalnych zasięgach, a Ty świadomie zamknąłxś się w landzie Nadrenii Północnej-Westfalii. Czy regionalność to dla Ciebie wolność i luksus znania swoich odbiorców, czy czasem czujesz, że ten land zrobił się dla Twoich ambicji za ciasny?

Matt: Myślę o tym od jakiegoś czasu i faktycznie jest tak, że przez te kilka lat moje perspektywy się poszerzyły. Działalność aktywistyczna pokierowała mnie w głąb Polonii niemieckiej. Kontakty zapoczątkowane przy wyborach zadziałały jak kula śniegowa i potoczyły się siłą rozpędu. Jakoś chwilę po wyborach przeniosłxm się do Kolonii, a potem trafiłxm do zarządu powstającego wtedy stowarzyszenia polonijnego Europolis Köln e.V. Byłxm tam około roku i to w tamtym czasie narodziła się również inicjatywa Queerowy Klub, którą prowadzę z Jarkiem i Koll. Dzisiaj, po około 7 latach, odkąd działa NRW PO POLSKU, kojarzę większość osób z polonijnych organizacji w regionie, ale też znam się z osobami działającymi w innych częściach Niemiec. Stąd również pojawiają się myśli o tym, że nie chcę ograniczać się tylko do NRW. Ten projekt powoli zaczyna stawać się czymś więcej. 
Jarek: Studiujesz psychologię i codziennie obserwujesz Polonię w NRW. Co dzieje się z psychiką człowieka, który przekracza granicę i nagle staje się „obcym”? Jaki jest największy mit na temat psychologicznej odporności osób z polskim doświadczeniem migracji, który j chciałxbyś obalić?
Matt: Ojej, to duży temat. To prawda, kończę właśnie studia magisterskie z psychologii na kierunku psychoterapia i terapia seksualna, choć to nie jest mój pierwszy kierunek wykształcenia. Bardziej jestem osobą artystyczną – to moje główne wykształcenie. Po drodze były studia z arteterapii, podyplomówka z gender, ale tak, teraz psychologia, choć to głównie seksuologia interesowała mnie najbardziej. A na studiach performance i w trakcie edukacji aktorskiej było całkiem sporo psychologii. Teraz mogę na to spojrzeć bardziej od środka.

Ale wracając do Twojego pytania… To dość złożony temat, tak naprawdę z obszaru psychologii społecznej czy nawet bardziej psychologii migracji. I nie dotyczy w sumie tylko osób z Polski, lecz wszystkich osób, które migrują do innego kraju. Pierwsze, co pojawia mi się w głowie, to stres mniejszościowy, ale też deprywacja automatyzmów czy kryzys tożsamości. Często dzieje się wszystko naraz, w różnym stopniu. Oczywiście każda osoba i każda historia jest inna. Inne są przyczyny migracji albo jej założenia. Chociaż faktycznie jest jakaś część osób, która pojawiła się w NRW z przyczyn ekonomicznych, z planami na dorobienie sobie przez jakiś czas, a życie potoczyło się tak, że ten „jakiś czas” trwa już kilkanaście lub więcej lat.

Natomiast te zjawiska, które wcześniej wymieniłxm, na pewno też mają wpływ na poczucie osamotnienia. I nie chodzi tu o posiadanie znajomych czy przyjaciół. Chodzi tu o coś, co określiłxbym wspólnym kapitałem kulturowym, na którym oparta jest spora część naszej tożsamości. I to z tego powodu ciągnie nas do pierogów, ogórków, polonijnych spotkań czy udziału w polskich wydarzeniach. Ale nawet taki aspekt jak możliwość opisywania czy komunikowania o rzeczywistości, która nas otacza, w języku polskim, to czynnik, który może redukować stres mniejszościowy. Swoją drogą, często „nie odczuwamy, że go doświadczamy”, a on się odkłada i kumuluje w napięcie.

A co do tych mitów… Gdybym miałx wskazać jeden, fundamentalny mit dotyczący psychologicznej odporności osób z doświadczeniem polskości i migracji, który miałxbym obalić, byłby to ten, że: „Polak za granicą wszystko przetrwa, nie potrzebuje pomocy, a zaciskanie zębów i ciężka praca to najlepszy sposób na przetrwanie”. To pokłosie kulturowego skryptu, w którym zostaliśmy wychowani/e/a/x – mitu romantycznego cierpienia, „radzenia sobie samemu” i przekonania, że proszenie o wsparcie psychologiczne to słabość. W kontekście Polonii ten mit przybiera wyjątkowo toksyczną formę.

Jarek: Dlaczego ten mit jest groźny?

Matt: Osoby z doświadczeniem polskości i migracji niezwykle często wypierają emocjonalne koszty zmiany kraju. Lęk, samotność i depresja nie znikają jednak od pracy po 12 godzin na dobę. Przekształcają się w chroniczne bóle kręgosłupa, bezsenność, zaburzenia lękowe czy problemy z układem krążenia. „Radzenie sobie” w samotności często prowadzi do destrukcyjnych strategii – od izolacji społecznej, przez toksyczną rywalizację wewnątrzmigracyjną (słynne nieufne podejście do „rodaków za granicą”), aż po ucieczkę w uzależnienia.
Przez przekonanie, że „inni mają gorzej, a ja muszę być silnx”, wydaje mi się, że osoby z doświadczeniem polskości trafiają do gabinetów psychologicznych lub psychiatrycznych w Niemczech ekstremalnie późno. Często dzieje się to dopiero wtedy, gdy dochodzi do pełnego kryzysu psychotycznego, głębokiej depresji lub rozpadu rodziny. Wynika to również z braku osób specjalistycznych pracujących w języku polskim.
Prawdziwa odporność psychiczna to nie jest twardość granitu, który pod wpływem odpowiednio dużego ciężaru po prostu pęka. Prawdziwa odporność to elastyczność – umiejętność dopuszczenia do siebie trudnych emocji, uznania swojej bezradności i elastycznego reagowania na zmianę. Przyznanie, że bycie „obcym” jest trudne, i sięgnięcie po wsparcie – czy to profesjonalne, czy w ramach wspierającej się społeczności – nie jest porażką. Jest najwyższym aktem odwagi i dbania o siebie na emigracji.

Jarek: Mówi się o syndromie zawieszenia – w Niemczech jesteś „tym Polakiem”, a po powrocie do Polski „tym z Niemiec”. Jak Ty osobiście radzisz sobie z tym rozkrokiem tożsamościowym i czy NRW PO POLSKU miało być taką bezpieczną wyspą dla ludzi, którzy nigdzie nie czują się w 100% u siebie?

Matt: Jestem też „tym” ze wsi i „tym” z miasta, „tym” queerem, „tym” artystą, „tym”, co ogarnia, „tym”, co robi swoje, i „tym”, co średnio bierze do siebie to, co mówią i myślą o nim inni… Moja tożsamość jest bardzo bogata i złożona. Jednocześnie ja nie wiem, co to znaczy być Polakiem albo być Niemcem. I prawdę powiedziawszy, mam mały chichot, kiedy ktoś wie to za mnie lepiej. Mam bardzo sceptyczny stosunek do konceptu narodowościowego – bliższy jest mi koncept plemienia, stada. Więc w ogóle nie czuję się w rozkroku. A to, czy inni postrzegają mnie tak, czy inaczej, mówi trochę więcej o tych osobach niż o mnie. I wtedy dla mnie jest to ciekawe pole do dyskusji i refleksji.

Zwłaszcza że we współczesnej rzeczywistości czytamy innych ludzi po „etykietach” i wsadzamy do swoich szufladek w głowie, domalowując sobie jakieś własne wyobrażenia wynikające z naszych różnych doświadczeń. A człowiek nigdy nie jest tylko z Polski czy tylko z Niemiec. Istnieją tysiące warstw, które są tożsamo ważne i które właśnie stanowią tożsamość. Jak zatrzymamy się na moment, przyjrzymy się tym namalowanym obrazom i porównamy je z autentyczną osobą, to możemy wyprostować niektóre zakrzywione perspektywy. A potem często okazuje się, że mnóstwo nas łączy. Bo przecież jako ludzie w podobny sposób przeżywamy i doświadczamy rzeczywistości poprzez pryzmat człowieczeństwa. A NRW PO POLSKU chyba zafunkcjonowało po prostu jak wykrywacz swojego plemienia.

Jarek: Budowanie społeczności to orka na ugorze. Ludzie chętnie biorą, rzadziej dają coś od siebie. Czy miałxś kiedyś taki moment, że po zorganizowaniu kolejnego wydarzenia usiadłxś w pokoju, wyłączyłxś telefon i pomyślałxś: „Mam dość, rzucam to, niech radzą sobie sami/e”?

Matt: Mam tak często, ale to chwilowe i wręcz naturalne w takich sytuacjach. I to dobry moment, żeby powiedzieć o tym, że uczę się robić sobie zdrowe przerwy. Często są one zbawienne, ale widzę też, że po prostu jeśli samx o nich nie pomyślę, to one jakoś same się dzieją. Pomocne jest w tym też to, że ja robię jakieś milion rzeczy. I to, choć może wydawać się dziwne, daje mi opcje na przerwy. Bo kiedy wyeksploatuję się w jednym, to mogę przeskoczyć na coś innego. Tak to u mnie działa. Tak się akurat u mnie to układa, że kiedy wyczerpie mnie praca organizacyjna, to bardzo wypoczywam, kiedy mogę działać twórczo i kreatywnie…
Jakby nie było, mam spore kompetencje i doświadczenie w różnych obszarach, co z jednej strony jest super, a z drugiej strony bywa udręką. Dzięki różnym umiejętnościom często samx jestem w stanie zrobić wiele rzeczy, ale to właśnie nie zawsze jest dobre – i nawet nie chodzi o to, że przez to za dużo na siebie biorę… Bardziej chodzi o to, że jak ktoś nie dowiezie, to dowożę za kogoś.

Myślę też, że edukacja aktorska, a potem praca w teatrze, nauczyła mnie podchodzić do pracy z bardzo szerokiej, ale i bardzo głębokiej perspektywy. A dyscyplina „starej szkoły” mówiła o tym, że nieważne, czy masz główną rolę, czy grasz drzewo i jesteś tylko w jednej scenie – na próbie są obecne wszystkie osoby i każda osoba jest kluczowa do zrealizowania sztuki. Nauczyło mnie to tego, że jak ja mój mały kawałek źle wykonam, to mogę też zepsuć „scenę” innym osobom w niej występującym. Nauczyłxm się, że sztuka to nie tylko osoby na scenie, ale cała produkcja: kostiumy, dekoracje, oświetlenie, nagłośnienie – wszystko. No i nauczyłxm się, że postać to nie tylko tekst, ale cała głębia postaci, którą uwielbiam tworzyć, odkrywać i się do niej dobierać. Może też przez to teraz ta psychologia.



Teatr Dusseldorf, 2024, archiwum prywatne, fot. Jarek Bąk



No ale właśnie, to wszystko powoduje, że ja w taki sposób myślę o każdej rzeczy, którą robię. Nie tylko w sztuce. Również w NRW PO POLSKU czy Queerowym Klubie. Myślę szeroko, głęboko i z różnych perspektyw. A to jest niesamowite. Więc nawet kiedy po czymś wielkim pojawia się tak zwany zjazd… już w trakcie tego zjazdu mój mózg wymyśla kolejne rzeczy. I uwielbiam to. Uwielbiam robić rzeczy z ludźmi.

Jarek: Jako inicjator projektów lokalnych musisz być stale „włączony” i dostępny. Jak  radzisz sobie z zarządzaniem granicami? Gdzie stawiasz tamę, żeby prywatność nie została całkowicie skonsumowana przez NRW PO POLSKU?

Matt: Na szczęście NRW PO POLSKU to bardziej platforma i przestrzeń dla społeczności niż coś, co wymaga ode mnie większej dostępności. Choć może się to niebawem zacząć zmieniać. Natomiast faktycznie, czasem mam wrażenie, że jestem osobą-instytucją. I trochę średnio lubię tę rolę, bo właśnie jest ona bardzo energochłonna i pozwala się zatracić. Zawsze jest coś do ogarnięcia, coś do posunięcia do przodu.

Ja też jestem osobą, która ma takie doświadczenie życiowe – a myślę, że jest nas tu sporo, zwłaszcza w działaniach pomocowych wśród Polonii czy w działaniach w organizacjach – która dopiero uczy się tego, żeby stawiać siebie na pierwszym miejscu. Totalnie tego nie mam… niestety… przez co faktycznie często doprowadzam się do sytuacji, że „moje prywatne” jest nieogarnięte, bo było tyle ważniejszych spraw.

No i tu wjechała depresja, która pokazała mi, że jeśli tak dalej będzie, to daleko nie pojedziemy… Więc teraz uczę się stawiać siebie na pierwszym miejscu. Co nie jest takie proste, kiedy ludzie wkoło są przyzwyczajeni do mojej dostępności i do tego, że ja to czy tamto ogarnę. Więc pierwszą tamę postawiło mi zdrowie i teraz układam się w tej sytuacji na nowo – niestety, trochę wciąż, parafrazując Krystiana Lupę, skacząc do studni.

Jarek: Prowadzisz obecnie we współpracy z Queerowym Klubem wyjątkowe badania w ramach swojej pracy magisterskiej, skupiające się na migracji osób queerowych – projekcie, który nazwałxś Queer Exodus. Dlaczego akurat „Exodus”? Czy ucieczka z Polski to wciąż dla wielu osób LGBTQIA+  szansa na przeżycie swojego życia autentycznie?

Matt: Tego właśnie próbuję się dowiedzieć w moich badaniach. To bardzo złożony temat i chętnie możemy go bardziej rozwinąć przy innej okazji. Ale faktycznie, koncept Queer Exodus powstał w mojej głowie mniej więcej zaraz po założeniu Queerowego Klubu. Przymierzałxm się z kolektywem Lewo do realizacji filmu właśnie o migracji osób LGBTQIA+. To był okres „ciężkiego PiSu” i „drugiego Dudy”, kiedy nagonka na osoby LGBTQIA+ przybrała w Polsce jakąś niewyobrażalną skalę. W Polsce osoby LGBTQIA+, a zwłaszcza te aktywistyczne, faktycznie były ścigane. Dotarłxm do informacji i osób, które ukrywały się w Niemczech przed PiSem.

Niestety, ta homofobia i queerfobia z Polski nie zatrzymywała się na granicy. I jest do tej pory wśród Polonii w Niemczech. Bardzo śledzę polonijne media, kiedy pojawia się coś na tematy LGBTQIA+, i często oczy mi puchną od tego, co widzę. Ale to też nie jest temat na dzisiaj. Jakby nie było, pod wieloma aspektami w kontekście osób LGBTQIA+ od wielu lat w Niemczech jest dużo lepiej niż w Polsce – nie wspomnę tu nawet o prawie, które tu istnieje, a w Polsce od 30 lat nie możemy się go doprosić ani wywalczyć. A w związku z tym spora część osób LGBTQIA+ migrowała i wciąż migruje z Polski do Niemiec (ale i nie tylko), żeby żyć w rzeczywistości, która jest bardziej sprzyjająca. Więc stąd ten Exodus. Świadomie nawiązuję do Księgi Wyjścia, a jest to też o tyle przezorne, że ten „exodus” z Polski do Niemiec wywołany jest fanatyzmem religijnym. Jesteśmy chwilę po uznaniu transkrypcji małżeństw jednopłciowych w Polsce. Kościół w Polsce ma teraz temat do grzania. Ciekawe, jak długo.

Ja wyjechałxm z Polski między innymi z powodu homofobii. Myślałxm, że w Niemczech się od tego uwolnię. Niestety… Polonia pokazała mi, że może być tak samo, a nawet jeszcze gorzej. W końcu inicjatywa Queerowy Klub powstała jako impuls po tym, kiedy mój sąsiad polak (celowo małą literą) podpalił mi mieszkanie i wypalił na drzwiach słowo „pedał”… No ale to temat na inne spotkanie.

LINK DO BADAŃ

Jarek: Praca naukowa to liczby i statystyki, ale za badaniem Queer Exodus stoją konkretne ludzkie dramaty. Która z dotychczasowych opowieści lub ankiet wstrząsnęła Tobą najbardziej i sprawiła, że ten temat przestał być tylko „tekstem pracy magisterskiej”?

Matt: No właśnie. Tych dramatów jest sporo. I poprzez Queerowy Klub wiele różnych rzeczy do mnie dotarło, o których absolutnie nie będę mówić – po pierwsze dlatego, że są to prywatne historie, a po drugie, jakoś nie najlepiej się czuję w zanurzaniu się w te trudne opowieści i licytacji, kto ma mocniejszą. Poza tym moje badania są ilościowe i opierają się na trzech skalach psychologicznych. Ankiety są anonimowe i nie ma tam miejsca na opowieści czy historie. W moich badaniach porównuję, mówiąc ogólnie, dobrostan psychiczny osób queer przed wyprowadzką z Polski i po niej, już tu w Niemczech. Samx jestem ciekawx, co wyniknie z tych ankiet i czy moje hipotezy się potwierdzą.

Jednocześnie migracja to złożone doświadczenie. Ma swoje jasne i ciemne strony. Próbuję to uchwycić w badaniach. Niemniej jednak badania są tylko częścią projektu Queer Exodus. Po skończeniu pracy magisterskiej i jej obronie planuję wejść w kolejny etap. Docelowo jest to również projekt artystyczny: planuję wystawę, wywiady i jeszcze kilka działań wynikających z tych badań.

Wydaje mi się to szalenie ważnym tematem, również w kontekście Polonii, narracji o polskości i odczarowania tej zabetonowanej opowieści o pierogach, Chopinie i strojach ludowych. Polonia jest różnorodna tak samo jak osoby w Polsce i ważne, żeby ta różnorodność znalazła uznanie i swoje miejsce.

Jarek: Czy Niemcy – a konkretnie NRW – rzeczywiście okazują się dla osób queerowych ziemią obiecaną, czy po przyjeździe dochodzi do zderzenia z nową, niemiecką rzeczywistością, w której trauma dyskryminacji z kraju miesza się z barierą językową i wyobcowaniem?

Matt: Dobre pytanie, na które nie znam jednoznacznej odpowiedzi. Mieszkam w Kolonii – można powiedzieć: niemieckiej stolicy queer i LGBTQIAP+. Mamy największą paradę w Niemczech (pochód trwa około 8 godzin). Nawet nie będę zagłębiać się w całą historię queerowej Kolonii, ale myślę, że to po prostu „czuć” tutaj w mieście. Nie tylko podczas PRIDE, który już za chwilę (CSD 05.07) i na który serdecznie zapraszam, jako że co roku, już od 5 lat, przygotowujemy cykl wydarzeń #queerowe perspektywy na emigracji.

Ale dokładnie tak jak mówisz, często w wyniku migracji pojawiają się inne wyzwania, o których wcześniej nie miało się pojęcia i których nawet nie dało się przewidzieć. Natomiast to bardzo indywidualne sytuacje. W dużej mierze sporo zależy od tego, z jakimi zasobami wyjeżdżasz i jakie zasoby potrafisz tutaj stworzyć. Wydaje się, że współcześnie kwestia językowa nie jest aż tak wielką barierą jak kiedyś. Dla mnie akurat jest spora i w bólach od kilku lat uczę się niemieckiego – jestem po kursach i codziennie ćwiczę w aplikacjach. Ale to ja. Znam osoby, które świetnie się odnalazły i nie miały większych trudności z wejściem w nową rzeczywistość, ale znam też takie, które od wielu lat próbują się jakoś ułożyć i ciągle jest im nie do końca wygodnie.

Możemy też się zastanowić, jakie są koszty życia w tym lepszym świecie – często jest to zaczynanie od zera, z wielką tęsknotą za bliskimi osobami, których nie ma na co dzień. No i często jest to degradacja w wielu aspektach, na które nie jesteśmy gotowx. Ja to w ogóle nazywam mniejszością w mniejszości. Bo właśnie nie dość, że jako Polonia doświadczamy stresu mniejszościowego, to jesteśmy w podwójnym, a czasem potrójnym wykluczeniu. Piszę o tym również w mojej pracy, do której już teraz zapraszam, bo planuję ją opublikować po obronie, aby była dostępna publicznie na stronie Queer Exodus.



CSD, Kolonia, 2022, archiwum prywatne


CSD, Kolonia, 2023, archiwum prywatne


#queerowe perspektywy na emigracji, Kolonia, 2023, archiwum prywatne


Jarek: Jak udaje Ci się łączyć rolę neutralnego badacza-naukowca, który musi zachować obiektywizm, z rolą zaangażowanego emocjonalnie inicjatora Queerowego Klubu? Serce nie kłóci się ze szkiełkiem i okiem?

Matt: Na szczęście nie – a przynajmniej tak mi się wydaje. Chyba pomaga w tym to, że są to jednak ankiety anonimowe i w grę wchodzi głównie statystyka oraz psychometria, która rządzi się swoimi prawami i w którą nie jestem w stanie ingerować.

Był plan na badania dwutorowe i próbowałxm nawiązać współpracę z osobą od badań jakościowych, ale to nie wyszło. Z tego w sumie też się trochę cieszę, bo będzie to opcja na dalszą pracę przy projekcie – i wtedy już rygor naukowy nie będzie mnie obowiązywać. Natomiast Queerowy Klub i wszystko wokół bardzo pomaga mi dotrzeć do grupy docelowej. Więc wszystko jest przemyślane i powiązane. Już wcześniej o tym mówiłxm. Patrzę szeroko i wielowarstwowo. U mnie zazwyczaj wszystko ze wszystkim się wiąże.

Jarek: Media polonijne w Niemczech przez lata kojarzyły się z archaicznymi portalami pełnymi ogłoszeń o busach do Polski i tanich remontach. Ty wychodzisz z nowoczesną estetyką i marką osobistą. Czy spotkałxś się z oporem ze strony „starej Polonii”, której nie pasował Twój styl i tematy, jakie poruszasz?

Matt: Chyba trudno mi się na ten temat wypowiadać. Prawdę powiedziawszy, nie śledzę jakoś dogłębnie „mediów polonijnych” – może właśnie dlatego, że do mnie nie trafiają. Nie chcę oceniać tego, jak to wygląda, czy tym bardziej porównywać NRW PO POLSKU do innych „mediów polonijnych”. Trochę jest tak, że NRW PO POLSKU to nie do końca tylko „media polonijne” – bardziej określam to HUBEM SPOŁECZNYM. Tak to widzę i w tym kierunku chcę to rozwijać. Czyli jako miejsce, platformę, przestrzeń skupiającą społeczność, zachęcającą do wymiany, rozwoju, wspólnotowości i wsparcia. Chcę, by NRW PO POLSKU było platformą współpracy organizacji i inicjatyw polonijnych w regionie.

Jest tam kawałek medialny. Tworzymy własne teksty i publikacje, tak jak chociażby ta rozmowa. Liczę, że pojawią się osoby dziennikarskie chętne rozwijać ten kawałek. Ja po napisaniu pracy magisterskiej chcę, poza prowadzeniem i organizacją NRW PO POLSKU, zająć się również publicystyką i mieć „swoją kolumnę”, jak to się chyba mówi. Ale też na jesieni, po wakacjach, mam nadzieję, że pojawimy się z nowymi treściami, w nowej formie i w nowym kontekście.

A co do „starej Polonii”… No cóż, chyba to jest dość hermetyczne zjawisko i nie dociera do mnie nic negatywnego. Jak na razie docierają pojedyncze głosy wsparcia, ale głównie od średniej generacji, która chyba jest bardzo zmęczona starą Polonią. Ja w każdym razie nie mam poczucia, że wchodzimy komuś w drogę czy odbieramy coś komuś przez to, że działamy… A to, że nie wszystkim odpowiada język inkluzywny czy tematy mniej narodowo-patriotyczne, a bardziej europejskie, demokratyczne i wspierające mniejszości… Nic nie poradzę. My robimy swoje. Myślę, że przy tym polonijnym, przysłowiowym stole jest miejsce dla każdej inicjatywy, organizacji czy mediów.

Jarek: Gdyby algorytm Facebooka lub Instagrama nagle przestał działać na 48 godzin, czy NRW PO POLSKU przetrwałoby w realnym świecie? Jak bardzo Wasza społeczność jest zacementowana w prawdziwych relacjach, a jak bardzo w wirtualnych polubieniach?

Matt: To jest w ogóle bardzo ciekawy temat. W Polsce social media – w tym Facebook i Instagram – działają zupełnie inaczej niż w Niemczech. Mimo że mieszkam tu już tyle lat, dalej nie potrafię się przestawić na to „niemieckie” funkcjonowanie. Tutaj ulotki są bardziej źródłem informacji niż portale społecznościowe. Mam też duży problem z wyszukiwaniem informacji w niemieckiej sieci. Polskie portale czy firmy super sprawnie komunikują się ze swoimi społecznościami, a treści są bogate w informacje, aktualne i na bieżąco. W Niemczech frustruje mnie to, że jest jakieś wydarzenie, a dwa tygodnie później ktoś wrzuci post, że coś gdzieś się wydarzyło. To tak nie działa. Liczy się tu i teraz.

No, ale to moje bolączki. I mówię o nich, bo pytałeś o Facebooka i Instagrama, a ten cały mój wstęp był po to, by pokazać, że Polonia jednak głównie faktycznie jest widoczna na Facebooku. Jest pełno grup i grupek polonijnych. Dlatego Facebook i Instagram to główna przestrzeń funkcjonowania NRW PO POLSKU i docierania do Polonii.

Mam jednak nadzieję, że niebawem poszerzymy miejsca naszej widoczności. Jest na to kilka pomysłów – brakuje tylko osób do działania i pracy. Więc tutaj od razu pozwolę sobie zaprosić do nas chętne do działania osoby. Poza FB i IG mamy też super społeczność na WhatsAppie, do której również zapraszam.

Jarek: Konsekwentnie budujesz swoją markę osobistą i dbasz o wizualną stronę wszystkiego, co robisz. Czy w świecie aktywizmu społecznego, gdzie często liczy się „partyzantka”, dbanie o design i estetykę graficzną to fanaberia, czy wręcz przeciwnie – jedyny sposób, by traktowano nas poważnie?

Matt: Oj… wchodzimy na grząski temat, bo mam tu bardzo krytyczne zdanie na temat robienia śmietnika z kanałów społecznościowych. Dostaję gorączki i mam ochotę odzobaczyć te wszystkie orzełki rysowane w Paincie, w których nawalone jest tyle, jakby były robione kalkulatorem. Albo jedna grafika, którą potem przez kilka tygodni niektóre osoby nie dość, że wstawiają i wysyłają, gdzie się da, to jeszcze co tydzień – albo i częściej – wrzucają to samo. Gdzie tylko jestem i gdzie tylko ktoś słucha, ciągle powtarzam, że tak się nie robi, że to nie działa, że to bez sensu… No ale zazwyczaj jest jak grochem o ścianę, więc moja misja w tym temacie dobiegła końca. Teraz jest AI, więc jest ćwierć kilo rozmaitości, tylko bardziej… Nie umiem takich treści brać na poważnie.

Tu może odniosę się do jednej z sytuacji, bo dostaję co jakiś czas wiadomości z pretensjami, że czegoś nie wrzucam i że to specjalnie. Ale jak ja widzę grafikę, która mnie kłuje w oczy, to sory, ale nie będę tego wrzucać. Po to powstał formularz zgłoszeniowy, żeby z niego korzystać – chętnie dodamy każdą informację o wydarzeniu na NRW PO POLSKU. I zamiast grafiki z tekstem, dla mnie lepsze jest zdjęcie bez tekstu. Wolę już samodzielnie przygotować informacje o wydarzeniu z materiałów, które otrzymam od osób organizatorskich (ale nie dzień przed wydarzeniem, tylko dużo wcześniej), niż robić „śmietnik” u nas na portalu.

Więc zachęcam wszystkie osoby do korzystania z formularza zgłoszeniowego! Jest dostępny w bio na wszystkich kanałach! Błagam, nie wysyłajcie spamujących info.

Jarek: Wokół swoich projektów skupiasz fantastycznych ludzi – współpracujesz z partnerami, koordynujesz logistykę przestrzeni, rozwijasz artystyczne kooperacje. Jakim szefem i koordynatorem jest Matt? Demokratą, który pozwala na wszystko, czy ukrytym perfekcjonistą, który potajemnie poprawia przecinki w cudzych tekstach?

Matt: To dobre pytanie… i myślę, że może być kilka różnych odpowiedzi, zależnie od tego, kogo zapytasz. Haha. Ale jeśli mam samx to jakoś określić, to myślę, że jestem gdzieś pośrodku. Bardzo lubię inicjować i oddawać pole innym osobom, ale jest też kawałek mnie, który – jeśli mam jakiś koncept – chce, żeby został zrealizowany dokładnie w taki sposób, jak go widzę. I może tu nie tyle chodzi o kwestie perfekcjonizmu czy jakiejś demokratycznej postawy, tylko bardziej o to, czy mamy podobną wizję, koncept czy pomysł i czy w podobny sposób chcemy go zrealizować.

Znowu mogę się tu odnieść do doświadczeń z teatru, gdzie to osoba reżyserska była tą, która miała wizję, a wszystkie osoby uczestniczące starały się tę wizję urzeczywistnić. Potem nabyłxm też kompetencji na studiach menedżerskich i wiem, jak ważny jest nie tylko sam pomysł czy wizja, ale też to, jak chcemy ją zrealizować. No i tu często pojawia się problem, bo z moich doświadczeń w polonijnych tematach wynika, że wiele osób zatrzymuje się na etapie wizji, a potem robi wszystko na rympał, bo nie ma czasu, pieniędzy czy osób, które się tym zajmą – a ja już mam na to dosłownie alergię. Mój układ nerwowy od razu zaczyna pulsować. Przeszkadza mi to.

Cały problem polega na tym, że tego procesu nie da się przejść w pojedynkę. Pracując w jakimkolwiek zespole, cały zespół potrzebuje kompetencji do stworzenia takiego procesu, żeby odbył się on sprawnie, bez większych trudności i w terminie. Czasem mam wrażenie, że zderzam się ze ścianą. Ludzie kiwają głową, a przy kolejnym działaniu jest powtórka z rozrywki. Od jakiegoś czasu, jak tylko coś takiego widzę, to mówię, że tak nie chcę, i po prostu nie wchodzę w takie projekty.

Jarek: Kiedy pracujesz z ludźmi nad projektami społecznymi, granica między przyjaźnią a biznesem łatwo się zaciera. Czy zdarzyło Ci się stracić znajomość przez to, że wspólny projekt weryfikował Wasze podejście do odpowiedzialności?

Matt: Dobrze to nazwałeś – biznes. Zauważam, że osoby w różnych organizacjach mają właśnie takie podejście typu: coś zróbmy, jakoś to będzie i od pomysłu do pomysłu. A nawet prowadzenie inicjatywy czy stowarzyszenia wymaga podejścia jak do biznesu. Trzeba mieć koncept, „biznesplan”, sposoby na finansowanie itd.

A co do tej granicy… Znowu się niestety odniosę do tych doświadczeń teatralnych. Nie wiem, czy to bardziej moja przypadłość, czy ze sztuką tak już jest, ale u mnie nie było i wciąż nie ma granicy pomiędzy sztuką a życiem, pracą a życiem prywatnym, kontaktami zawodowymi a kontaktami prywatnymi. Ja nie byłxmby sobą, gdybym miałx to rozdzielać. Nawet się zastanawiam, jak niektóre osoby potrafią to robić tak drastycznie. I mam to oczywiście z teatru. Z osobami, z którymi pracowałxm artystycznie, byłxm w trakcie pracy i/lub jestem do dzisiaj w przyjaźniach. Bo my w tej pracy artystycznej – czy może w tych projektach, w których brałxm udział – zawsze grzebalixśmy głęboko, prywatnie i intymnie. Taka specyfika pracy. Może w biurze praca ma taką specyfikę, że w ogóle nie trzeba się znać blisko z innymi osobami współpracującymi, ale ja sobie tego nie wyobrażam.

Z drugiej strony, jak ja mam jakąś zajawkę na rzeczy – i nieważne, czy artystyczne, czy organizatorskie, czy jeszcze inne… To nie jest praca jak np. w sklepie czy w restauracji, że wykładam towar przez tyle i tyle godzin, a potem kończę zmianę i wychodzę. Ja mam rozkminę nad rzeczami niemal 24/7. Trudno to opisać w kilku zdaniach, ale myślę, że większość osób, która robi lub robiła jakiekolwiek własne projekty, wie, o czym mówię. I w sumie dobrze jest być w takim stanie flow – tak odniosę się trochę do psychologii – bo w stanie flow mózg jest najbardziej kreatywny i traci najmniej energii. Gorzej, jak robimy rzeczy, a flow nie ma, nie ma zajawki, tylko takie „dowożenie” na siłę. Wtedy współczuję. Mi się to nie zdarzyło, ale to musi być wtedy męczące i uciążliwe.

Wracając do pytania… Nie przypominam sobie, żeby z powodu podejścia do odpowiedzialności jakieś przyjaźnie się zakończyły. Ja raczej poznaję osoby, z którymi mamy wspólną zajawkę, i potem z tego coś wynika. I czasem to jest jednorazowe, czasem trwa przez kilka różnych projektów, a czasem kilka lat, jak np. Queerowy Klub. Lubię żyć życiem, w którym ludzie razem zatracają się w swoich pasjach. Gdzie przyjaźń wzmacnia rozwój, generuje nowe pomysły i współpracę. Inaczej nie potrafię i nawet nie chcę.

Jarek: Czerwiec 2026 roku to dla Ciebie moment graniczny – planowane zakończenie studiów magisterskich, domykanie ważnych etapów. Co dalej? Czy po obronie pracy magisterskiej Matt Czyczerski zamierza uciec w bezpieczny gabinet terapeutyczny, czy te badania dadzą paliwo do stworzenia czegoś jeszcze większego w NRW?

Matt: Zdecydowanie nie planuję mojej przyszłości w gabinecie. Na to potrzebowałxbym jeszcze sporo czasu na naukę i rozwój w tym obszarze, a ja nie umiem zajmować się tylko jedną rzeczą. Nie jest też tak, że zupełnie pójdzie to w odstawkę. Myślę o tym, aby faktycznie zostać osobą pomocową dla osób LGBTQIA+ – i może konsultacje psychologiczne oraz takie poradnictwo będą czymś, co pozwoli mi się spełniać.

Ale poza tym jest jeszcze sztuka, bez której nie potrafię żyć i którą chcę robić. Dlatego Queer Exodus ma zarówno aspekt naukowy, jak i artystyczny. I myślę, że wokół tego tematu jest sporo do zrobienia. NRW PO POLSKU z pewnością jest i będzie ważną częścią mojej działalności. Wydaje mi się też, że kiedy to się rozkręci i pojawią się kolejne osoby chcące czerpać z możliwości, jakie daje lub da NRW PO POLSKU, chętnie będę się z nimi dzielić i oddawać przestrzeń, ale też odpowiedzialność.

Jest jeszcze mnóstwo rzeczy, które chcę w życiu zrobić. Dopiero się rozkręcam.

Jarek: Gdybyś miałx napisać manifest dla młodych osób z Polski, które dziś pakują walizki w Warszawie czy Wrocławiu i kupują bilet do Kolonii lub Düsseldorfu – jak brzmiałoby pierwsze zdanie tego manifestu? Przed czym byś ich ostrzegłx?

Matt: O nie… porady na życie i manifesty dla innych to zupełnie nie ja. Samx nienawidzę, jak ktoś mi mówi, co mam robić, i jak ktoś mi swoje rady wciska. Często są one nietrafione i w ogóle niepotrzebne. Więc nie mam zamiaru nic nikomu doradzać.

Mogę się podzielić swoim doświadczeniem, mogę wyrazić swoją opinię na jakiś temat czy pomóc komuś podjąć decyzję – oczywiście, jeśli ktokolwiek o to poprosi. Ale jakieś rady, przestrogi czy wskazówki… Nie ma recepty na życie. Każda osoba jest inna, ma inną historię, inne potrzeby, inne aspiracje. W ogóle nie lubię figury osoby, która będzie mówić, co kto ma robić. To jest takie chyba jeszcze „stare” podejście, kiedy osoby starsze były autorytetami i osoby młodsze musiały ich słuchać. Ten mechanizm od dawna już nie działa, a wręcz w wielu aspektach się odwrócił. W wielu przypadkach to osoby starsze radzą się młodszych w różnych kwestiach. I to dobrze.

Ja też, odkąd pamiętam, miałxm wielki opór przed tyradami starszych na temat tego, co to ja rzekomo mam robić, a czego nie… Mówiąc wprost, miałxm to bardzo z tyłu… Były natomiast osoby, które mi w jakichś aspektach imponowały i wtedy je podpatrywałxm, podpytywałxm, trochę podążałxm za nimi. Ale to musiało wyjść ze mnie i z mojej potrzeby, w innym przypadku w ogóle nie działało. Więc jedyne, co mogę powiedzieć komukolwiek, to: róbcie swoje i inspirujcie się życiem! Po swojemu i na własnych zasadach!



Queerowy Klub 2025, fot. Fadi Elias


Jarek: Wyobraź sobie, że za 10 lat ktoś przejmuje NRW PO POLSKU, a Ty patrzysz na to z boku. Co musiałoby się stać z tym portalem, żebyś poczułx dumę, a co sprawiłoby, że uznałxbyś to za swoją osobistą porażkę?

Matt: Jejku, ja w ogóle nie myślę w tych kategoriach. Dla mnie wszystko, co robię, jest sukcesem – bo to robię! I nie ma w moim życiu porażek! Są ewentualnie doświadczenia, które pozwalają mi się rozwinąć i pójść dalej lub nie.

Co do dumy… Z nią mam relację typu: to skomplikowane. Czasem o niej zapominam, a czasem po prostu w nią nie potrafię. Jej dopiero uczę się od innych. Obserwuję różne rzeczy, które robią osoby wokół mnie, i to, jak potrafią być z tego dumne i się tym cieszyć. Moje doświadczenia z dzieciństwa były takie, że dopiero jak wygrałxm turniej tańca, to czułxm na przykład, że rodzice są dumni, albo jak zagrałxm w liceum w musicalu i moja rola była oklaskiwana. To były nieliczne momenty dumy. To mnie nauczyło, że tylko z wielkich rzeczy można być dumnym. Po innych doświadczeniach z dorosłości wiem już, że można być dumnym z tego, że udało się wstać z łóżka i trwać. Uczę się być osobą dumną ze wszystkiego, co robię – bez względu na rezultaty, wyniki czy efekty.

A co do tych 10 lat… To chętnie oddam innym naszą inicjatywę wcześniej. I zajmę się kolejnymi rzeczami z listy, pozostając osobą wspierającą i pomagającą w razie potrzeby.

Jarek: Na koniec: co daje Ci większą satysfakcję – rzetelnie zebrana próbka badawcza do pracy magisterskiej o queerowej migracji, czy ten jeden mail od anonimowego czytelnika portalu, który napisze: „Dzięki Waszemu artykułowi przetrwałem pierwszy miesiąc w Niemczech”?

Matt:I jedno, i drugie jest dla mnie cenne, satysfakcjonujące, ważne i napędzające do działania. Te badania są trochę pretekstem zarówno do uwidocznienia tematu, ale przede wszystkim do dotarcia do osób. Za każdą osobą stoi inna opowieść, a każda opowieść jest niesamowicie ciekawa i ważna. Czasem osoba z próby badawczej to ta sama osoba, która właśnie dziękuje, że robię to czy tamto. To jest dla mnie niesamowicie wzruszające.

Cieszę się zawsze, kiedy pojawia się jakiś feedback do tego, co robię, a kiedy jest jeszcze pozytywny i wspierający – to tym bardziej. Mam w życiu kilka pasji, takich poważnych i takich mniej poważnych: poza sztuką, tańcem, tworzeniem czy… przytulaniem, moją pasją jest po prostu bycie dla i z innymi.

Matt Czyczerski (on*/je*- wszystkie zaimki) - osobą queer z doświadczeniem polskości i migracji. W obrębie zainteresowań naukowych, badawczych i reserchowych zajmuje się różnorodnością płciową i seksualnościa, cielesnością i dzialaniami antydyskryminacyjnymi z fokusem na osoby queer (LGBTQIAP+), Ukończone Studia Podyplomowe Gender Studies na Polskiej Akademii Nauk (PAN) Obecnie w trakcie II semestru magisterskich studiów uzupełniających na kierunku Psychoterapia i Terapia Seksualna (Uniwersytet Vizja, Warszawa). Ukończone specjalistycznym szkolenie "Pomoc psychologiczna osobom ze społeczności LGBT+" (WSB NLU w Nowym Sączu). Studia I i II stopnia na wydziale Pedagogiki - Sztuk Nowoczesnych, Działań Artystycznych i Arteterapii na Uniwersytecie Dolnośląskiem DSW. Swoje doświadczenie praktyczne koncentruje na budowaniu wsparcia i społeczności dla osób z doświadczeniem polskości w kontekście migracyjnym. Od czterech lat prowadzi Queerowy Klub w Kolonii (Niemcy) – inicjatywę skierowaną do osób, które mają doświadczenie polskości i migracji. Oraz projekt badawczo - artystyczny: "Queer Exodus", który naukowo i artystycznie bada migrację osób queer z Polski do Niemiec.

https://linktr.ee/mattczyczerski


    Wywiad przeprowadził: 

Jarosław Bąk (on/jego) - osoba queer z doświadczeniem polskości i migracji w Holandii, Niemczech. Od 2014 roku na stałe mieszkający w Bonn. Obecnie współtworzę placówkę medyczną w Bonn. Przez kontakt z rodakami w pracy,  wiem jak bardzo ważny jest język lub jaką przeszkodą może być w codziennym funkcjonowaniu w Niemczech. 
Jestem z zawodu Politologiem oraz absolwentem Studiów Podyplomowych dziennikarskich we Wrocławiu ze specjalnością : Tworzenie małych mediów radiowo/telewizyjnych oraz Creative Writing.
Zajmowałem się głównie tematyką kulturalno/społeczną na łamach Gazety Wyborczej w Opolu.
W Niemczech miałem przyjemność pracy w Polskiej Redakcji Deutsche Welle w Bonn.

Podoba Ci się to, co robimy? Możesz wesprzeć naszą redakcję wirtualną kawą: https://buymeacoffee.com/nrwpl








Jarosław Bąk
Redakcja NRW PO POLSKU
Bonn Beuel

Komentarze